Dłonie – dłoni tysiące, zatopione w me ciało
Wyszarpywały, ze mnie potrzebne kawały.
Zawsze rwały i zawsze było im mało,
I zawsze niewiele, w zamian dawały.
Szpony, uczuć i ciała spragnione,
Rwały mą duszę jak zgłodniałe sępy,
Pazury rwały, każdy w swoją stronę,
W mroku rzucając, w cierpienia ostępy.
Dłonie nadziei – pazury przyjaźni,
Biorą nie patrząc czy coś zostanie,
Dokonują na mnie bezwzględnej kaźni.
Za nic sobie mają, mej duszy wołanie.
Zawsze po trochę, kęsami małymi,
By jeszcze większy ból duszy sprawić.
Kroczę stopami z ran, ociężałymi
A szpony rwą tak, by mnie nie zabić.
Bo co z martwego przyswoić można?
Co można wziąć, z mej duszy ścierwa?
Dla szponów wić, zaiste trwożna –
Najpierw więc atak, a potem przerwa !
|